Australian Open…
styczeń 27, 2008
No się skończyło. Piękny czas, w którym się zarywa noce, żeby oglądać mecze.
A najfajniejszy jest wynik! W finale, jakby ktoś nie wiedział, spotkali się Novak Djoković z Serbii i Jo-Wilfried Tsonga z Francji (sic!). Obaj wcześniej sprawili w turnieju spore niespodzianki. Novak w półfinale wysłał do domu Rogera ‘jestem bogiem tenisa’ Federera, a Tsonga, hmm, tych niespodzianek zafundował widzom więcej. Najpierw poległ Andy Murray (rozstawiony z 9.), a w półfinale padł Rafael Nadal (nr 2) i to w trzech setach. Po meczu Nadal powiedział, że Tsongo zagrał dobry mecz, jednak w finale dostanie łomot, niezależnie kto tam zagra.
Część słów Nadala się sprawdziła, jednak dopiero od drugiego seta finału. Bo pierwszego seta wygrał Francuzik. Walka była dość mocna, a potem Djoko pokazał, że z numerem 3. rankingu ATP nie należy fikać. Dwa sety z walką, jednak o jednoznacznym wyniku. W czwartym secie nie było przełamań, obaj gracze wygrywali swoje podania, a w pewnej chwili to Tsonga miał szansę odwrócić wynik meczu, bo Novaka złapała jakaś kontuzja. Jednak obaj dali radę dograć do tie-breaka, w którym Serb dał prawdziwy koncert. 7-2 w tie-breaku, 3-1 w całym meczu i koniec turnieju.
Powodów do radości jest kilka, bo, po pierwsze wygrał Novak, któremu kibicowałem, a po drugie Federer wreszcie przegrał coś w Wielkim Szlemie na twardych kortach. Czyżby koniec dominacji? Oby…
Entry Filed under: Worek. .





Trackback this post | Subscribe to the comments via RSS Feed