All Star Weekend
luty 17, 2008
Czyli, jak to mówią, oglądanie spoconych murzynów w telewizji. Dziś zarywam drugą noc pod rząd… Nie moja wina, że tamci kolesie pocą się w innej strefie czasowej.
Zaraz przyjdą ludzie, z których co najmniej jeden pasjonuje się koszykówką w wydaniu amerykańskim tak jak ja, więc nie będę się czuł wyalieniowany. Póki co popijam sobie czerwone wytrawne i słucham Jamiroquai. A do transmisji zostało 47 minut…
Hmm, w ogóle to strasznie śmiesznie się dzieje. W robocie znowu sporo ruchu, bo nagle wynikło kilka pilnych zadań, uczelnia odpuściła, ale jak ją znam to tylko chwilowe zjawisko, a w obozie rodziców trwa gorączkowe kombinowanie… Dlaczego kombinowanie, spytacie zapewne. Otóż na któryś z późnoletnich miesięcy przyszłego roku jest koncept, cobym stracił kawalerski status. Więc rodzice w panice, a przygotowania się niebawem rozpoczną.
Dziś z Asią byliśmy na filmie. ‘Lejdis’ się to arcydzieło nazywało, a ja stwierdziłem, że opłaca się chodzić do kina z nastawieniem, że film, na który ma się bilety to będzie gniot i lipa. Tak właśnie dziś myślałem, a tu proszę, może nieco wstyd przyznać, ale film mnie dość mocno rozbawił. Jak ktoś chce się pośmiać, to polecam (tylko uwaga na wulgaryzmy i alkohol).
Dietowo jest ok, bo waga nie rośnie, a nawet wręcz odwrotnie, aczkolwiek powoli. Czyli sukces. W mocnym postanowieniu i ryzach trwam ciągle, czekając aż ziszczą się marzenia i waga pokaże 75kg.
I to tyle, tytułem nadrabiania blogowych zaległości. Bawcie się dobrze, bo jeszcze weekend, a monopole ciągle otwarte. Odezwę się niebawem. Być może.





Trackback this post | Subscribe to the comments via RSS Feed